Jak zaczęła się Pani przygoda z Hoffmanową?
Jednym z pierwszych wspomnień z mojego dzieciństwa był spacer z tatą i moją siostrą.
Mieszkaliśmy przy ul. Wspólnej, a tata, pokazując plac budowy blisko domu, mówił, że powstaje tam liceum – moje i mojej siostry. W obu przypadkach to się sprawdziło.
Ile lat łącznie spędziła Pani w Hoffmanowej?
Wbrew pozorom nie jestem rekordzistką. Są osoby, które były tu, w Hoffmanowej, jeszcze dłużej. W latach siedemdziesiątych cztery lata byłam uczennicą IX LO. Później studiowałam, trafiłam do Zespołu Szkół Gastronomicznych. Jednak jako harcerka 80 WDH byłam w stałym kontakcie z IX LO. Wkrótce stwierdziłam, że chciałabym pracować w liceum. Przyszłam do „swojego” dyrektora, p. W. Wawrzyniaka z pytaniem o wolny etat dla fizyka. Pracuję w Hoffmanowej od września 1985 r., czyli 29 lat.
Co najbardziej zapadło Pani w pamięć z lat szkolnych?
Z czasów szkolnych dobrze wspominam kilkoro nauczycieli. Bardzo ceniłam matematykę z profesor Wojtowicz, która uczyła mnie tylko przez rok. Robiła nieustające kartkówki, a ja wstydziłam się, jeśli czegoś nie umiałam. W rezultacie znakomicie przygotowała mnie do studiów. Pani Czyżykowa była w stanie zmusić naszą niepokorną klasę do wstawania na baczność, kiedy przekraczała próg sali i chóralnego powitania „Zdrastwuj, Irina Grigoriewna!”
Lata szkolne Wiążą się głównie ze wspomnieniami z harcerstwa – beczkę soli zjadłam z tymi ludźmi. Spotkałam tam też mojego męża, także hoffmaniaka.
Jak poznała Pani swojego męża?
Ten chłopak, mój przyszły mąż, prowadził obóz wędrowny, a ja byłam kwatermistrzem. Zaczęliśmy się spotykać na wiosnę, przygotowując obóz. Na moim balu maturalnym, oczywiście w Hoffmanowej (z siatką maskującą pod sufitem, bo taki był standard dekoracji), jeszcze go nie było. Natomiast na tak zwanym balu antymaturalnym, zorganizowanym przez koleżankę dla osób nielubiących tańczyć, dogadaliśmy się, że oboje bardzo się cenimy.
Jak jedynym słowem określiłaby Pani przeprowadzkę ze starego budynku do nowego?
Szkoda…
Jaka cecha charakteru pomaga, Pani zdaniem, w pracy dyrektora?
Są różne style zarządzania. To zależy od osoby, ale przede wszystkim od zespołu. Jeżeli ma się taki zespół jak w Hoffmanowej, czyli młodzież i bardzo doświadczoną, bardzo zgraną oraz bardzo samodzielną kadrę pedagogiczną – to można pozwolić sobie na realizację pomysłów. Ja starałam się być otwarta i słuchać innych, zanim podejmowałam ostateczne decyzje.
Czy łączenie pasji fizyka z pracą dyrektora było trudne do pogodzenia?
Praca dyrektora to w dużej mierze praca z dokumentami, tworzenie i respektowanie przepisów prawnych, zarządzanie finansami oraz ponoszenie odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Ja za to bardzo lubię pracować z ludźmi. Praca, w której ma się kontakt z – powiedzmy – trzydziestoma osobami, które nie siedzą w papierach, są żywiołowe i mają swoje pomysły, jest odpoczynkiem. Tak też traktowałam lekcje fizyki, chociaż było to jednocześnie wyzwanie, bo czasami zwyczajnie brakowało czasu na przygotowania. Cieszę się, Że wróciłam, jak to się mówi „pod tablicę”.
Co uważa Pani za swoje największe osiągnięcie w pracy dyrektora?
To sukces hoffmaniaków i całego grona pedagogicznego. Szkoła powinna wydobywać z uczniów talenty, rozwijać zdolności, kształtować charakter. W Hoffmanowej staramy się, by rywalizacja nie oznaczała „wyścigu szczurów”, by działania poszczególnych osób prowadziły do wspólnego celu. Nieustająca popularność szkoły podczas rekrutacji, opinie absolwentów i widok nauczycieli, którzy myślą nad nowymi projektami i wycieczkami, utwierdza mnie w przekonaniu, że zespół Hoffmanowej odnosi sukces.
Jakiej rady udzieliłaby pani nowemu dyrektorowi?
Nie śmiałabym! Pamiętam, jak na początku próbowałam zastanawiać się, co zrobiłaby moja poprzedniczka pani Daruk, nic z tego nie wyszło. Każdy musi pracować po swojemu, zgodnie z własnym charakterem i temperamentem. Mogę tylko powiedzieć, że w tak dojrzałym zespole, jakim jest społeczność Hoffmanowej, doskonale sprawdzają się metody demokratyczne.
Jaką Hoffmanową chciałaby Pani zobaczyć za pięć lat?
Kiedy wchodzę do Hoffmanowej, uczniowie z uśmiechem mówią mi „dzień dobry”. Najbardziej zależy mi na tym, żeby za pięć lat uśmiechali się równie radośnie.
Dziękujemy!
Rozmawiały: Beata Stachańczyk i Katarzyna Sienkiewicz
Rozmowa odbyła się w 2014 r. z okazji 140-lecia szkoły.
