dyrektorzy
Dyrektorzy szkoły w poprzednich latach. Od lewej: Zofia Pietrzak, Zofia Daruk, Wacław Wawrzyniak

Jak wyglądało Święto Szkoły za Pani kadencji?

Święto, w którym szkoła obchodziła 125-lecie istnienia, było największe i kosztowało nas mnóstwo wysiłku, Patronat nad nim objął pan prezydent Aleksander Kwaśniewski, a w szkole zainstalowano radio, co zapewniło bezpośrednią transmisję z uroczystości. W wydarzeniu wzięło udział mnóstwo znakomitości, między innymi przedstawiciel Ministerstwa Oświaty, który wręczał nagrody i medale Komisji Edukacji Narodowej. Następnie odbył się wielki zjazd absolwentek (ponieważ najpierw była to szkoła żeńska), na który z tej okazji przybyło mnóstwo pań. Spadł wtedy w listopadzie straszny śnieg, a te biedne starowinki wchodziły do szkoły w ogromnej kolejce, a ta kolejka sięgała niemal ulicy Wspólnej; i tak tuptały. tuptały, a między innymi tuptała też pani Irena Kwiatkowska. W ostatnim momencie wpadliśmy na pomysł, aby sprawić im dodatkową niespodziankę i wydrukowałyśmy tzw. „złotą maturę”. To dyplom zaświadczający, że pięćdziesiąt lat temu zdały maturę. Tak bardzo były wzruszone i tak bardzo każda chciała ją mieć, Że przychodząc do mnie mówiły: „Pani Dyrektor, ja czterdzieści osiem lat temu zdawałam maturę, ale czy ja mogę dostać…”. Oczywiście dostawała. Potem organizowaliśmy święto szkoły we własnym gronie co rok, co pięć lat bogatsze.

Wspomniała Pani też o balu absolwentów. Czy mogłaby Pani powiedzieć więcej na ten temat?

Wszystkie bale, wszystkie studniówki zawsze organizowaliśmy na terenie szkoły, którą uczniowie sami przeistaczali. Nie wiem, jak oni to robili, szkoła po prostu była inna – ustrojona materiałami, z pomysłowymi dekoracjami. Wszystko wykonane właściwie rękami uczniów albo częściowo pożyczone. Bal odbywał się w sali gimnastycznej, a na parterze, pierwszym i drugim piętrze podawano posiłki i rozmawiano. Święto Szkoły trwało chyba wtedy trzy dni, a bal odbył się w sobotę i trwał całą noc. Atmosfera była cudowna.

W jaki sposób uczniowie mogli rozwijać swoje umiejętności i zainteresowania? Jak szkoła wspierała ich w tych dążeniach?

Uczniowie zawsze chcieli się uczyć. Staraliśmy się wspierać naszych uczniów także materialnie. W 2000 roku założyłam fundację, która udzielała zdolnym uczniom stypendiów. Bardzo ich to motywowało i zawsze się cieszyli. Był to taki dodatkowy mobilizujący „prztyczek”.

Jakie projekty organizowano?

W szkole zawsze się coś działo. Uczniowie chcieli coś robić i to robili. Zanim to się zaczęło nazywał projektami, nie było wycieczki, której sami by nie przygotowali. Każdy miał swój kawałeczek i o nim mówił. Dzięki temu nie był nam potrzebny przewodnik. Wtedy też zaczęliśmy jeździć do Szczyrku na narty. Staraliśmy się, aby uczniowie mogli je od nas wypożyczać, ponieważ nie wszystkich było stać. Strasznie były biedne te czasy. Później przeniosłam te wyjazdy do Zwardonia.

Wspomniała Pani, że uczniowie sami organizowali wycieczki, przeprowadzali je, czyli że przywiązywano dużą wagę do ich wszechstronnego wychowywania?

Zdecydowanie, nie mogło być inaczej. Teraz chodzę na śluby naszych wychowanków, co znaczy, że to nasze wychowanie zostawiło jeszcze ślad, że chcą nas jeszcze widzieć. Kiedy odchodziłam na emeryturę, dostałam od uczniów dyplom, w którym dziękowali mi za to, że tyle lat prowadziłam szkołę tak, że chciało się do niej wracać.

Jakie tradycje kultywowano, a jakie wprowadzono?

Zawsze robiliśmy jasełka na Boże Narodzenie. Czasem uczniowie sami wymyślali coś na Dzień Nauczyciela. Kto potrafił śpiewać – śpiewał, chór prowadził uczeń. Doskonale to się sprawdzało, więc występowali przy różnych okazjach. Jeden z uczniów, ponieważ potrafił tańczyć, poprowadził w szkole kurs tańca. Jeśli chodzi o tradycje związane z samym funkcjonowaniem szkoły, to może to być na przykład pożegnanie klas maturalnych. Często było organizowane przez młodsze klasy w formie dramy. Dużo się działo, szczególnie popołudniami. Szkoła po prostu tętniła życiem.

Jaka atmosfera panowała w szkole?

Chyba było jednak tak, że uczniowie chcieli z nami być, a sama atmosfera pomiędzy nauczycielami była też doskonała. Czuliśmy się tutaj naprawdę jak w rodzinie. Bardzo to doceniali rodzice, a uczniowie po prostu chcieli przychodzić do szkoły. A jeśli uczniowie chcą przychodzić do szkoły, to znaczy, że atmosfera jest OK.

Wiemy, że Hoffmanowa słynie ze znanych absolwentów. Czy mogłaby Pani przywołać jakieś anegdotki z nimi związane?

Jednym z nich jest np. Olaf Lubaszenko, który był w klasie humanistycznej i którego uczyłam matematyki. Zawsze czegoś mu brakowało, ponieważ nauka o granicach wykraczała poza jego zainteresowania i zapominał słowa limes (z łaciny – granice). Kiedy nie zaliczył kolejnej kartkówki, przyszedł do mnie i zapytał, czy może mieć ściągaczkę ze słowem limes i odkąd ją miał na ławce, nie było problemu.

A jacyś uczniowie, którzy szczególnie zapadli w pamięć?

Bywali tacy, bywali. Pamiętam, że miałam takiego ucznia, który bardzo się wiercił. Straszna wiercipięta. Przeszkadzało to mnie i innym uczniom, więc powiedziałam mu któregoś razu: „Żebyś ty był spokojny, to chyba trzeba cię związać”. Kiedy przyszłam na następną lekcje, na moim biurku stało krzesełko, na którym siedział związany on właśnie.

Za Pani kadencji szkoła znajdowała się przy ul. Emilii Plater 29. Jak Pani wspomina tamten budynek?

Ten budynek kosztował mnie dużo zdrowia i wysiłku, bo ciągle walczyłam o jego remont, Pamiętam, że kiedy miało być 125-lecie, bardzo chciałam szkołę otynkować. Ten budynek wyglądał fatalnie. Powstały elewacja i boisko, o które walczyłam 10 lat chyba, narażając pana architekta na wyrywanie włosów z głowy, bo postawiłam mu warunki, że boisko ma być absolutnie wszechstronne, zarówno do grania w piłkę, kosza, siatkówkę, jak i do biegów.

Jakie zmiany wprowadzono za Pani kadencji?

Bez przerwy się wszystko zmieniało. Po pierwsze zmieniały się przepisy, które były dla mnie potworne, bo musiałam je śledzić właściwie codziennie. A jakie zmiany wprowadziliśmy? W tamtej szkole dobudowałam pokój nauczycielski i bibliotekę. Udało mi się załatwić mnóstwo komputerów, powstała więc pracownia komputerowa, a także kawiarenka komputerowa. Hoffmanowa to było całe moje życie zawodowe. Bardzo się lubiłam ze wszystkimi nauczycielami, zawsze czułam wsparcie od nich. Oni też wiedzieli, że na pewno, jeśli coś będę robić, to z myślą o nich. W związku z tym, panowało pełne zaufanie. Bardzo się dobrze współpracowało. To w końcu była moja szkoła.

Czy jakiś pomysł, zapoczątkowany w naszym liceum, przejęły inne szkoły?

To u nas zaczął się nabór elektroniczny. Byłam jedną z tych, które opracowywały program. Najpierw ten nabór był robiony na terenie dzielnicy Śródmieście. Bardzo ciężko to przeżyłam, bo pierwszy nabór elektroniczny oznaczał, że mieliśmy ponad 3000 kandydatów. Było to straszne, bo musieliśmy dane opracował, ale pomysł tak się spodobał, Że władze go zaakceptowały i ten sposób rekrutacji funkcjonuje do dziś.

Bardzo dziękujemy za rozmowę.

Ja również dziękuję. Na pewno będę na uroczystości 140-lecia.

Rozmawiały: Anna Bziuk i Paulina Wolszczak

Rozmowę przeprowadzono w 2014 roku przy okazji 140-lecia szkoły.