Jacek Falkowski
Jacek już od pierwszej lekcji emanował charyzmą i entuzjazmem. Od razu dało się wyczuć, że jest prawdziwym pasjonatem swojego przedmiotu, a zarazem szczerze kocha swoją pracę – rozumianą przede wszystkim jako dzielenie się wiedzą.

Dziś, kiedy sam jestem nauczycielem, potrafię ocenić, że jako dydaktyk Jacek był bezsprzecznie wzorowy. Jego lekcje były klarowne, logicznie uporządkowane, rzeczowe i dobrze przemyślane. Zawierały wprowadzenie do tematu, rozwinięcie oraz podsumowanie. Zawsze było wiadomo, czego się uczymy, co warto zanotować, co powinno pozostać w pamięci i na co należy zwrócić szczególną uwagę w kontekście matury.

Jacek posługiwał się przede wszystkim metodą wykładową, a odniesienia do innych tekstów kultury – obrazów, fotografii czy muzyki – wykorzystywał raczej sporadycznie. Dziś sądzę, że wynikało to głównie z ograniczonego czasu i konieczności nadrobienia zaległości w realizacji programu. Mimo to patrzyliśmy wtedy po sobie w klasie, jakby z niedowierzaniem pytając: „To naprawdę można w ten sposób uczyć języka polskiego?”. Jacek po prostu „miał gadane”. Potrafił zainteresować tematem, słuchało się go z przyjemnością, nie nużył, a wykład wzbogacał ciekawostkami i anegdotami.

Dla mnie osobiście pozostanie przede wszystkim człowiekiem, który przywrócił mi wiarę w to, że „umiem w język polski”. W klasie czwartej znów zacząłem otrzymywać z wypracowań piątki i szóstki. Co równie ważne, każdą ocenioną pracę – oczywiście nie tylko moją – Jacek opatrywał obszernym komentarzem. Wskazywał, co mu się podobało, co wypadło słabiej, co i w jaki sposób można było napisać lepiej oraz na co należało zwrócić uwagę w przyszłości.

Szczerze żałuję, że kilkanaście lat temu, wskutek pewnego wypadku, przepadły wszystkie te wypracowania oraz mój zeszyt z czwartej klasy. Do dziś jednak pamiętam staranne, niemal kaligraficzne pismo Jacka. Była to ogromna odmiana, a właściwie prawdziwy szok po dwóch latach otrzymywania prac pokreślonych na czerwono i opatrzonych słabymi ocenami, których uzasadnienia często trudno było się domyślić.

Dzięki Jackowi zacząłem zabierać głos na lekcjach i ponownie starannie prowadzić zeszyt. Wielką radość sprawiało mi również to, że właśnie taki nauczyciel omawiał z nami Młodą Polskę, a następnie – jeszcze bliższe moim zainteresowaniom – Dwudziestolecie Międzywojenne. Były to epoki literackie pokrywające się ze szczególnie interesującym mnie okresem historycznym. Miałem więc z kim i o czym dyskutować na lekcjach – i chyba Jacek również miał z kim i o czym dyskutować.

Przez literaturę współczesną przebiegliśmy właściwie sprintem, już podczas przedmaturalnej wiosny. Jednak dzięki ogromnej pracy, jaką Jacek włożył w sprawną realizację programu w naszej opóźnionej klasie, chyba nikt z nas nie obawiał się nadchodzącej matury z języka polskiego.

Nie wiem, czy Jacek zdawał sobie sprawę z trudnej sytuacji naszej klasy, czy też po prostu taka była jego natura, ale zapamiętałem go również jako nauczyciela niezwykle przystępnego, otwartego i zawsze gotowego do pomocy. Sporą część przerw spędzał na betonowym murku przy bramie starej Hoffmanowej, oddając się swojemu zgubnemu nałogowi, dlatego właściwie zawsze było wiadomo, gdzie można go znaleźć.

Pamiętam nasze rozmowy przy tym murku: Jacek co jakiś czas zaciągał się papierosem, a jednocześnie udzielał wskazówek bibliograficznych – podpowiadał, w jakiej książce można znaleźć informacje potrzebne podczas przygotowań do matury albo pisania wypracowania na określony temat. Warto pamiętać, że nie było wówczas jeszcze powszechnego dostępu do internetu, nie mówiąc już o sztucznej inteligencji, a możliwość zapukania podczas przerwy do pokoju nauczycielskiego i „wywołania” konkretnego nauczyciela po prostu nikomu nie mieściła się w głowie.

Takiego właśnie Jacka zapamiętałem: kompetentnego, charyzmatycznego, pełnego pasji, życzliwego i uważnego na swoich uczniów. Nauczyciela, który nie tylko przekazywał wiedzę, lecz także potrafił przywrócić młodemu człowiekowi wiarę we własne możliwości.

Szymon Kucharski, matura 1997
nauczyciel chemii w Hoffmanowej