Kojarzycie ten moment, gdy wokół was nie ma nic oprócz słonej, morskiej wody, a wasz świat nagle ograniczył się do kilkudziesięciu metrów kwadratowych? My poznaliśmy to wspaniałe uczucie podczas rejsu Pogorią.

Zacznijmy jednak od początku. Wyruszyliśmy drugiego maja około godziny dziesiątej. Nasza grupa składała się z czterdzieściorga Hoffmaniaczek i Hoffmaniaków oraz trzech nauczycieli. Pierwszym wyzwaniem okazała się ponad dwudziestogodzinna podróż autokarem do Genui we Włoszech – portu, z którego niedługo mieliśmy wypłynąć w rejs. Mimo wygodnych foteli nikt nie był w stanie stwierdzić, że się wyspał. Nie mieliśmy jednak zbyt dużo czasu na marudzenie, bo zaraz po wyjściu z autokaru zabraliśmy się za noszenie bagaży. Po naszym pierwszym śniadaniu na Pogorii przeszliśmy do bardzo ważnej części – omówienia zasad panujących na statku i szkolenia, na którym zdobyliśmy wiedzę teoretyczną oraz praktyczną. W tą drugą wliczało się też wchodzenie na reje, które dało nam lekki zastrzyk adrenaliny, ale, jak to powiedział jeden z naszych kolegów, zdecydowanie było warto.

Co najważniejsze, na statku nie byliśmy pasażerami – każdy z nas stał się częścią załogi, która wspólnie dbała o statek i powodzenie naszej wyprawy. Dlatego, gdy wczesnym rankiem następnego dnia mieliśmy wypłynąć na morze, na nogi postawił nas alarm manewrowy. Wszyscy mieli przydzielone zadania i wspólnymi siłami udało nam się opuścić port. Przez cały dzień, tak jak i kilka następnych, uczyliśmy się jak sterować żaglowcem i jak go nawigować. Postawiliśmy pierwsze żagle i wreszcie mogliśmy poczuć upragniony wiatr we włosach. Jednak nie było tak kolorowo, jak może się wydawać – wraz z pozostawieniem za sobą brzegu, choroba morska zaczęła atakować.

Piątego maja nadszedł dzień naszego pierwszego postoju. Już od rana widać było nabrzeże usiane miastami i czerwonymi skałami. Późnym popołudniem statek stanął na kotwicy w zatoce w pobliżu Saint-Tropez – miasteczka, które mieliśmy odwiedzić następnego dnia. Jednak zanim to się stało, czekała nas noc, podczas której musieliśmy uważnie pilnować, czy statek przypadkiem nie dryfuje. Do tego przydała nam się umiejętność korzystania z namiernika, którą wachty nocne nabyły od oficerów.

Następnego dnia od samego rana nie mogliśmy doczekać się wyjścia do Saint-Tropez. Po śniadaniu i dokładnym sprzątaniu, nasi opiekunowie pozwolili nam wreszcie opuścić statek. Około godziny dziewiątej zostaliśmy przewiezieni na ląd pontonem, skąd ruszyliśmy na zwiedzanie miasta w mniejszych grupkach. Każdy mógł spędzić ten czas na swój własny sposób, lecz większość postawiła na muzeum kinematografii, muzeum w Cytadeli oraz francuskie przysmaki takie jak bagietki, makaroniki, kawa czy crepe’y. Kilka godzin później wróciliśmy na statek, a po niedługim odpoczynku spotkała nas niespodzianka – szkoleniowa akcja ratunkowa z udziałem SARu (ochotniczego morskiego pogotowia ratunkowego). Poszkodowanym został jeden z naszych kolegów wysmarowany ketchupem, a reszta naszej załogi obserwowała całe wydarzenie. Opis całej akcji znajdziecie na stronie Pogorii (^_^). Po pożegnaniu się z ratownikami ochotnicy weszli na reje, aby rozwinąć żagle i wypłynęliśmy w dalszą podróż.

Gdy obudziliśmy się następnego ranka w zasięgu wzroku nie było żadnego lądu. Większość z nas nigdy wcześniej nie doświadczyła tego uczucia, gdy całym twoim światem staje się nagle wcale nie taki duży statek. Wtedy też po raz pierwszy spotkaliśmy delfiny, niestety nowa porcja przechyłów nie dała niektórym w pełni cieszyć się tym widokiem. Późnym popołudniem przybiliśmy do kolejnego portu – znaleźliśmy się w mieście Calvi na Korsyce. Nasze cumowanie okazało się sporą atrakcją i zyskało całkiem sporą widownię, a gdy zakończyliśmy ten manewr, po szybkim sprzątaniu wyszliśmy na brzeg. Spędziliśmy na lądzie kilka godzin, a po zmroku mogliśmy oglądać oświetloną Pogorię z części miasta na wzniesieniu, co okazało się przepięknym widokiem.

Jednak to nie był koniec naszych przygód w Calvi, bo następnego dnia mogliśmy wrócić do zwiedzania. Tym razem jednak dostaliśmy poradę, na co poświęcić ten czas: głównymi atrakcjami była kolej wąskotorowa jadąca nabrzeżem i kapliczka z cmentarzem na pobliskim wzgórzu. Jak możecie się domyślać, powstało kilka różnych grup, które preferowały inne aktywności, jednak o trzynastej zebraliśmy się wszyscy na zapowiedzianą przez nauczycieli niespodziankę, która do ostatniego momentu owiana była tajemnicą. Możecie sobie wyobrazić naszą radość, gdy okazały się nią lody, za które serdecznie naszym opiekunom dziękujemy! Jednak wszystko co dobre musi się skończyć, więc o szesnastej wyruszyliśmy na ostatni fragment naszego rejsu.

Ostatni wschód słońca, który mogliśmy obserwować z pokładu został niestety zakłócony przez chmury, ale i tak zostało nam to wynagrodzone. Czym? Delfinami! O świcie wokół statku zebrało się ich wyjątkowo dużo, co zdecydowanie umiliło ten poranek, a gdy już wszyscy się obudzili i zjedli śniadanie, zabraliśmy się za zwijanie żagli. To był ostatni, trzeci raz, gdy wchodziliśmy na reje, lecz wcale nie zmniejszyło to towarzyszących nam przy tym emocji. Widoki z góry zapierały dech w piersiach, a widok pokładu daleko pod sobą przyprawiał o lekki dreszczyk. Tego wieczoru wstępnie spakowaliśmy nasze rzeczy i posprzątaliśmy kajuty, a dzień zakończyliśmy wspólnym śpiewaniem szant i różnych innych piosenek.

Ostatniego dnia zostaliśmy obudzeni wcześniej, żeby uporać się z ostatnimi porządkami przed przybyciem nowej załogi. Gdy wszystko zostało zrobione, około dziesiątej zeszliśmy na brzeg i ruszyliśmy zwiedzać ostatnie z odwiedzonych przez nas miast – włoskie San Remo. Na początku wszyscy poszliśmy na plażę wykąpać się w morzu, które dzielnie przemierzaliśmy przez ostatnie kilka dni. Dopiero po tej ochłodzie ruszyliśmy podbijać miasto. Jak można się było spodziewać, spora część wybrała się na prawdziwie włoską pizzę. Niestety o szesnastej nastał czas na ostatni posiłek na statku oraz pożegnanie z Pogorią i załogą stałą. Mimo że było trochę sentymentalnie, opuściliśmy statek z uśmiechami na twarzach i wspaniałymi wspomnieniami w sercach. Potem już była tylko ponowna podróż autokarem, jednak tym razem minęła o wiele przyjemniej.

Tak więc wyglądała cała nasza przygoda z Pogorią. Zdecydowanie zostanie ona na długo w naszej pamięci, a wielu z nas z chęcią by ją powtórzyło. Całość możemy podsumować w dwóch słowach: było fantastycznie!